
One Battle After Another2025
Aug 17, 2026 · imported from Letterboxd
Zacznę od tego, że napędzany hurraoptymistycznym odbiorem pokazów prasowych i ogólnym buzzem wokół tego filmu, zawiesiłem mu poprzeczkę w najwyższym możliwym punkcie, czyli na poziomie arcydzieła. Nie przeskoczył jej, ale mimo tego był to bardzo dobry skok. OBAA dowozi na naprawdę wielu poziomach. Dowozi jako komedia, gdzie oprócz NIESAMOWITEGO Leo Di Caprio (o nim zaraz) bryluje Benicio del Toro. Nie tylko rzuca on zabawnymi tekstami, nie tylko jest zabawnym-cool sensei, ale przede wszystkim ma tę pieprzoną scenę tańca przy zatrzymaniu, którą wielbię ❤️. Dowozi jako film akcji, bo tak jak w zwiastunie nie bardzo było widać, na co poszła tak duża kasa, tak w samym filmie pełnym eksplozji i widowiskowych strzelanin już to widać. Chociaż przyznam że liczyłem na jakąś walkę wręcz, której nie dostałem. No i w końcu film dowozi jako dramat, głównie na linii ojciec-córka i córka-mit nieobecnej matki. Serio nie sądziłem, że aż tak mnie rozczuli zmartwiony daddy boomer Leo, który jeszcze na haju i lekkim rauszu jest gotowy rozjebać cały świat, żeby odbić swoją pociechę. Tutaj przyznam, że nie podoba mi się ta decyzja o tym, żeby to postać Seana Penna okazała się biologicznym ojcem nastolatki. Rozumiem co to miało powiedzieć o byciu rodzicem, ale still wolałbym żeby był nim Leo. Właśnie, Leo, Leo. Jeszcze nie wiem czy jest to dla mnie najlepsza rola w jakiej go widziałem, ale bardzo możliwe, no i na pewno jest ona najbardziej różnorodna. Bo w tym że film tak zgrabnie łączy wątki dramatyczne i humor, jest wielka zasługa Di Caprio właśnie, który jako centralna postać niejako nadaje flow całości i właściwie dyryguje aktualnym nastrojem jaki w danym momencie obiera OBAA. Płaczemy kiedy on płacze i śmiejemy się, kiedy on się śmieje. Po prostu poprzez swoją grę aktorską manipuluje naszymi emocjami, jak mu się żywnie podoba, w najbardziej pozytywnym sensie. Możliwe że chłop leci po swojego drugiego Oscara tą rolą, czego mu życzę. Ale mimo tego że Di Caprio zjada ekran, pozostali aktorzy również dostają kawałek tortu dla siebie, w najgorszym wypadku w formie jednej zapadającej w pamięć sceny, takiej jak np. taniec del Toro o którym już wspomniałem. A trochę ważnych fabularnie postaci tu jest, przez co całość jest jednym wielkim chaotycznym burdelem na kółkach, co w żadnym wypadku nie jest jego wadą. No może lekką, dlatego że film tak zapierdala, że czasami zanim mój mózg przyswoił jedną informację, dostawałem już dwie kolejne, i myślę że wymaga on co najmniej dwóch seansów, żeby w pełni docenić niektóre jego fragmenty, na których przy pierwszym podejściu może być trudno się skupić. Za to dzięki temu naktłokowi bodźców jest to rozrywka tak miodna, iż te dwie i pół godziny zleciało mi jak półtorej. Nie wiem czy jest to film, do którego wszyscy będą wracać z wypiekami na twarzy za dekadę - dwie, szczerze wątpię, bo wszystko co mówi jest tak naprawdę dosyć płytkie i nie zmusza do większych refleksji; jednak jest to na pewno znakomita rozrywka na tu i teraz, a czymże jest kino, jeśli nie właśnie rozrywką i eskapizmem przede wszytkim? Dzięki za kawał dobrej zabawy P.TA.