
House on Eden2025
Aug 17, 2026 · imported from Letterboxd
"Our purpose is... Our purpose is... Damn it!" Sądzę że byłby z tego naprawdę świetny serial, bo z ciekawością śledzi się wszystkie 3 grupki postaci - zarówno ich wewnętrzne spory, jak i wątki konfrontujące owe grupki, ale 2 godziny to zdecydowanie za mało, żeby przedstawić wszystko w satysfakcjonujący dla widza sposób. Przydałoby się chociażby głębsze (lub jakiekolwiek) zarysowanie przeszłości kobiecych postaci, zwłaszcza Dory granej przez Vanessę Kirby. Bo właśnie - mimo iż na wyspie będącą centrum wydarzeń panuje zdecydowany patriachat (a przynajmniej do przybycia Baronessy), to jest to tak naprawdę opowieść widziana z perspektywy trzech kobiet :
- wspomnianej Baronessy, czyli ambitnej kobiety, która sprzeciwia się światowi zdominowanemu przez mężczyzn, gra według własnych zasad i manipuluje owych mężczyzn, nierzadko wykorzystując do tego swoją urodę.
- Margaret, czyli zupełnego przeciwieństwa tej pierwszej. Osoby która pomimo bycia badassem (sekwencja z porodem, wow), łatwo się podporządkowuje męskiemu światowi, unika jakichkolwiek sporów i marzy jedynie o spokojnym życiu.
- Dory, o której wiemy najmniej, ale można wywnioskować, iż jest gdzieś pomiędzy Margaret a Baronessą w swoim światopoglądzie. Nie próbuje manipulować swoim towarzyszem życia, bo nie czuje się od niego lepsza, ale nie czuje się też gorsza.
Imo to naprawdę ciekawy pomysł, takie zestawienie tych trzech mocno różnych kobiecych perspektyw, ale powtórzę się - brakuje czasu ekranowego. Tym bardziej, że jest to thriller, więc trzeba budować jakieś napięcie. No i tutaj muszę przyznać, że się udało, bo siedziałem jak na szpilkach przez większość seansu, a sekwencja wpólnego obiadu to już w ogóle masjtersztyk pod tym względem i atmosfera do krojenia maczetą. Swoją drogą fajnym kontrastem do tego jest poprzedzający ją występ Any de Armas, która "zabija" L’Amour Est Um Oiseau Rebelle w uroczy sposób (szkoda że - parafrazując Ane - wolałaby 100 razy się wywalić na ryj, niż znowu zaśpiewać na planie, bo jest to imo naprawdę dobra scena). Oprócz de Armas błyszczy też reszta obsady, ale to łatwo wywnioskować czytając same nazwiska (chociaż np. Sydney Sweeney mówiąca z niemieckim akcentem, nie zdarza się codziennie). Muzyka Hansa Zimmera wiadomix - klasa, chociaż nigdy nie wybija się ona na pierwszy plan. Mimo zbyt krótkiego metrażu, nadal jest to bardzo dobre kino, do którego sobie na pewno kiedyś wrócę.